Katolik wegetarianinem

W Światowy Dzień Zwierząt wspominamy w Kościele Katolickim świętego Franciszka z Asyżu, człowieka, który zwierzęta i rośliny nazywał swoimi braćmi. Nie wiem, czy to dobry dzień, aby postanowić przestać jeść mięso, ale za to całkiem niezła chwila, żeby uświadomić sobie, że zwierzę to nie rzecz, którą możemy używać jak nam się podoba.

Czasem mam wrażenie, że w podejściu do niejedzenia mięsa łatwo zabarykadować się na dwóch skrajnych stanowiskach. Z jednej strony uważać, że to bzdura i terroryzm utrudniający życie zwykłych ludzi, „bo zwierzęta powinny tylko służyć człowiekowi”, z drugiej gardzić innymi tylko dlatego, że jedzą szynkę lub z przyjemnością częstują swoje dzieci cielęcymi parówkami. Trudno mi opowiedzieć się po jednej z tych stron.

Nie jestem zwolennikiem tych, którzy uważają, że dziecku od najmłodszych lat życia powinno zakazywać się jedzenia mięsa, bo wiem, że może to zaburzyć jego prawidłowy rozwój. Od skrajnego wegetarianizmu lub weganizmu może być kilka kroków do stwierdzenia, że dobrostan zwierząt ma większe znaczenie, niż życie ludzi. Patrzmy jednak racjonalnie, życie człowieka zagrożone przez głód, ma większą wartość niż życie zwierząt.

Nie popieram również ludzi, którzy twierdzą, że zwierzęta to rzeczy, które można dowolnie przetwarzać, traktować bez szacunku, dokonywać na nich medycznych eksperymentów bez względu na zadawane przy tym cierpienie.

W biblijnym opisie stworzenia człowieka nie ma ani słowa o tym, że pokarmem dla niego powinny być zwierzęta. Więcej, natchniony autor wyraźnie zaznaczył, że pożywieniem dla ludzi mają być „roślina przynosząca ziarno” oraz „wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie”.

Do Noego Bóg wypowiada co prawda słowa: „Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9, 2-3), ale sytuacja ta jest już radykalnie inna, bo wydarza się po grzechu pierworodnym.

Nie chcę przekonywać, że jedzenie bądź niejedzenie mięsa jest dobre, ale pokazać, że wiążą się z tym dwa bardzo duże i powiązane ze sobą problemy.

Pierwszy to chów przemysłowy, który nie rzadko wygląda tak, że zwierzęta bez żadnego ogłuszenia czy znieczulenia prowadzone są na rzeź. Nietrudno znaleźć w sieci filmy, które prezentują pracę w takich miejscach i przykłady okrucieństwa, jakie człowiek serwuje „swoim braciom”.

Funkcjonujące w ten sposób rzeźnie to „fabryki mięsa”, gdzie liczy się szybkość i ilość wyprodukowanego surowca. Zwierzęta, często przetrzymywane w warunkach, w których nie mają dostępu do wody, światła i odpowiedniej ilości miejsca, szpikowane są hormonami, które mają przyspieszyć ich wzrost, traktowane przez ludzi z agresją i znieczulicą, jak rzeczy, które można swobodnie wyrzucić po wykorzystaniu.

Druga kwestia, to powiązany z produkcją mięsa problem pustynnienia. Dane są bardzo jasne. Do produkcji kilograma wołowiny konieczne jest wykorzystanie ponad  14 tysięcy litrów wody, do wieprzowiny, prawie 6 tysięcy, drób pochłania pond 4 tysiące litrów. To wszystko w chwili, w której na świecie narastającym problemem jest pustynnienie obszarów rolniczych związane ze zmniejszającą się ilością wód gruntowych i podnoszeniem się średniej temperatury. Proces pustynnienia zwiększa ilość migracji ludzi w kierunku terenów chłodniejszych, powoduje liczne napięcia polityczne, sprawia, że miliony osób nie mają stałego miejsca zamieszkania, dotyka ich głód.

Paradoksalnie, to właśnie duże spożycie mięsa przez „bogatą północ” doprowadziło do wysuszenia i wyludnienia się terenów, które do tej pory były zamieszkane, gdzie klimat nadawał się do uprawy roślin i hodowli zwierząt.

Zdaję sobie sprawę, jak trudną decyzją jest całkowita rezygnacja z jedzenia mięsa, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ograniczyć jego spożywanie. Zamiast kilku rodzajów szynki wybrać jeden ulubiony, częściej sięgać po warzywa i nabiał, a raz w tygodniu nie jeść mięsa w ogóle. Rezygnacja z mięsnego posiłku przynajmniej przez jeden dzień, ma nie tylko dobry wpływ na zdrowie, ale wiąże się z postną tradycją odmawiania sobie czegoś, co jest nam bliskie, czego codziennie używamy.

Nie chodzi także o to, żeby przy każdym kęsie parówki myśleć o cierpieniu zwierząt, jakie jest im zadawane w rzeźni, ale o uświadomienie sobie faktu, że mięso nie rośnie na drzewach, że do jego produkcji wykorzystuje się żywe stworzenia, które odczuwają strach, przyjemność, cierpienie, zmęczenie. Świadomość tego rodzi wdzięczność wobec tych, które poświęciły się, żeby dać nam pożywienie, naszych braci.

*  *  *

Michał Lewandowski – redaktor i dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog, fotograf. Prowadzi autorskiego bloga „teolog na manowcach”. Tekst pierwotnie ukazał się >>TUTAJ<<

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *