Dziewięć akapitów opowiadania, którego nigdy nie napisałem

Zajrzał na dno skrzyni. Obok książek pokrytych grubą i gęstą warstewką kilkuletniego kurzu, zauważył jeszcze małe drewniane pudełko z kilkoma notatnikami. Wszystkie takie same, czarna, miękka okładka, gumka pozwalająca na trzymanie kartek w jednym pliku, żółty papier o śliskiej i delikatnej strukturze. Idealne do pisania i sporządzania szybkich notatek z tekstów które właśnie czytał. Relikt przeszłości ukryty głęboko przed oczami wszystkich, którzy zamierzaliby zbytnio w nią ingerować.

Otworzył pierwszy lepszy i zakasłał od wzbitego w powietrze tumanu. Daty, miejscowości, pojedyncze słowa, tematy lekcji na które zapomniał zeszytu. Z notatnikiem nie rozstawał się nigdy. Nie istotna była matematyka, fizyka, chemia i wiedza o kulturze – tego mógł zapomnieć. Podręcznika też, i zeszytu, ćwiczeń odkupywanych w szkole od lat poprzednich, gdzie wszystkie zadania były już uzupełnione, piórnika i innych drobiazgów, które zawsze uważał za niepotrzebne bo przecież jest notatnik.

Lądowały w nim wszystkie mniej lub bardziej potrzebne szczegóły otaczającego go świata. Na czwartej stronie pojawiły się cytaty z ulubionego pisarza, potem kilka teorii świadomości, które sklecał całymi godzinami zafascynowany pobieżną i mało dokładną lekturą Husserla, jakiś wypis z pism mistyków i wielki sonet (jak przynajmniej mu się wydawało) wysławiający urodę koleżanki z trzeciej ławki po prawej, lat siedemnaście i pół.

Kilka wzorów matematycznych i teoria wedle której żarówki nie są stworzone przez człowieka, bo i tak większą ilość energii przeznaczają na ciepło a nie światło, więc żaden z szanujących się naukowców zachodniego świata nie mógł jej wynaleźć i wdrożyć do produkcji. A tak w ogóle to nie wydzielają światła tylko pochłaniają ciemność.

„Ważne kim się jest i co się wie” – rzuciło mu się w oczy. Nie pasowało do reszty, bo zapisane na osobnej kartce, w dużej czarnej ramce, wyglądało dosyć osobliwie. Nie wiązało się też z żadnym przedmiotem w szkole, bo te sygnalizowane były zawsze jakimś krzykliwym napisem wielkimi literami. Tajemniczy napis znikąd, którego pochodzenia nie pamiętał i którego odpowiednika nie znajdował nigdzie w umyśle.

Chciał już zamknąć skrzynię i powrócić z tej sentymentalnej podróży wstecz, kiedy spomiędzy kartek notesu wypadła ściąga z odmianami czasowników i rzeczowników po łacinie. Czytał kiedyś, że szelest skrzydeł motyla może wywołać burzę na drugim końcu świata. Nie wiedział, że szelest skrawka papieru może wywołać lawinę wspomnień.

Nie pamiętał ich pierwszego spotkania. Musiała być jesień i początek roku akademickiego. W Beskidach zawsze o tej porze wieje i jest mokro, więc oprócz ciepłego palta musiała także zmierzyć się z kilkoma wielkimi kałużami, które zawsze zalegały przed budynkiem uczelni gdzie studiował. Dziś ta ulica jest już wyremontowana i deszcz elegancko spływa gdzie trzeba. Nawet wieje jakby słabiej i jakoś tak bez przekonania liście spadają na asfalt.

Była jedną z najbardziej wymagających profesorek na studiach. Lektorat z łaciny który prowadziła wzbudzał postrach w tych, którzy nie słynęli z systematycznego wkuwania słówek i regularnego powtarzania gramatycznych zwrotów.

W nim również. Bezsprzecznie wydawała się być osobą, której doświadczenie pedagogiczne i błyskawiczne wykrywanie, czy dany uczeń jest przygotowany, czy nie, są właśnie tymi umiejętnościami, które omijać uczyli się całymi latami jej wychowankowie. Bezskutecznie, w tej rozgrywce zwykle bywała górą.

Ale jednocześnie promieniowała z niej jakaś nieustępliwa i jednoznaczna wola przekształcania młodych i tępych umysłów w bardziej wyrafinowane formy; pokazywania obszarów i światów o których nie mieli pojęcia, rozchmurzania logicznego myślenia w czasach, kiedy to właśnie sentymentalne i tkliwe chmury emocjonalnych wrażeń zapełniały umysły ludzi wokoło. Budziła do życia na prawdę, przeciwko wiecznemu udawaniu i chełpieniu sobie wzajemnie. Miała w sobie jakąś nieprzejednaną wolę pomnażania życia. Wolę Mocy. Nietzsche byłby niezwykle dumny.

Stał przez chwilę nie mogąc się ruszyć. Wypowiedziane przez nią słowa: „Ważne kim się jest i co się wie” uruchomiły w nim cały proces skojarzeń i powiązań o które sam się nie podejrzewał. Wziął szybko coś do pisania, co było pod ręką, i zaczął notować. Okazało się, że szybkie rzucone zdanie profesorki ze studiów otwierało przed nim przestrzenie i drogi, które do tej pory widział tylko mgliście. No właśnie! Mgliście!

Zamiast emocji pojawiły się gładkie i wyszlifowane klocki z których układał coraz to nowe zdania i połączenia. Matematyczne równania ciągle powiększały swoje lewe i prawe strony zachowując równość, a to co do tej pory wydawało się zagmatwane i mętne nabierało niesamowitej klarowności.

„Jasnym bowiem jest, że tylko dwie rzeczy liczą się na prawdę. Miłość i Wiedza. Wszyscy umrzemy i żadnej innej rzeczy nie zabierzemy na drugą stronę. Miłość samego siebie i innych ludzi. Zarówno tą która daliśmy im, jak i tą która spłynęła na nas z ich strony. Wiedza i mądrość, które nie były tylko suchym przetwarzaniem informacji, ale odkrywaniem świata, który wyrażał jakąś Prawdę. Nutowym zapisem melodii którą gra i wyśpiewuje wszystko wokoło. Ważne kim się jest (Miłość) i co się wie (Wiedza). Tylko i aż tyle. Gdyby wszyscy ludzie, ci, którzy zajmują się tylko przeliczaniem materii i nieustannym poskramianiem świata zrozumieli, że prawdziwe zwycięstwo w życiu odnosi się tylko poprzez Miłość do innych i Wiedzę o świecie. Gdyby choć przez chwilę mieli świadomość, że omijają ich takie cudowności…”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *