Była sobie śmierć.

Prawdopodobnie w życiu każdego człowieka jest taka sfera, w której czuje on, że nie jest sobą. Nie widzi Janka Kowalskiego, ale bliżej niezidentyfikowaną ciemną otchłań, w której nie rozpoznaje swoich rysów twarzy, głosu. Za każdym razem, kiedy próbuje zmienić swoje życie i w ramach noworocznego postanowienia wyzerować wszystkie straty i zyski, z czystą kartą wejść we wspaniale zapowiadająca się przyszłość, znajduje ścianę.

Kiedy pisze te słowa, jest Wielki Piątek. Wieczór, noc już właściwie, kiedy wszyscy dookoła wiedza, że Jego z nami już nie ma. Świadomość ta jest pewnie o wiele słabsza niż tych, którzy znali Go osobiście. Czy ma jakikolwiek sens próbować zrozumieć co wtedy czuli? Nie ma żadnego. Nigdy (przynajmniej po tej ziemskiej stronie) nie zrozumiemy jakiego bólu opuszczenia musieli doświadczyć, kiedy po blisko trzech latach przebywania z jednym człowiekiem i słuchania Jego nauk, niespodziewanie zostali z niczym i dla nikogo. Pustka tak naturalna dla każdego, komu umiera ktokolwiek bliski.

Z pewnością pamiętali jeszcze fragmenty, kiedy mówił o swojej śmierci, ale czy brali je wtedy na poważnie? Czy nie widzieli w nich wtedy tylko retorycznych zabiegów mających uprawomocnić nauczanie i nadać mu odpowiednią rangę prawdy, za którą być może trzeba będzie oddać życie? A może zbywali je uśmiechem i traktowali pół żartem, pół serio. Ty Panie? Umrzesz? Żartujemy czasem z własnej śmierci, bo tak łatwiej oswoić coś nad czym nie posiadamy żadnej kontroli.

Ale sprawa jest jasna, Jego nie ma. Zostaliśmy sami. Łatwo tutaj o często stosowane porównanie do życia człowieka, w którym te dobre chwile przeplatają się z tymi tragicznymi, kiedy po totalnym dole musi przyjść góra, szczęście, radość i Zmartwychwstanie. Tak, w pełni wyraża to dramat ludzkiego bycia w świecie, ale nie akcentuje jednej prawdy, bez której to wszystko jest jednak jałowe i zamiast wskazywać na horyzont nadziei i odkupienia, każe dreptać w miejscu, godząc się z faktem, że tak już w życiu każdego być musi. Czerń i biel w wiecznym tańcu iluzji.

Bóg umarł. Absurdalność tego zdania jest tak wielka, że doprowadziła Nietzschego do granicy utraty zmysłów. Czy Ten, który jest Panem zastępów, gromów i całej potęgi, mógł oddać życie i po prostu nie być? Dramatyczność tego pytania jest potężna i trudno szukać tutaj jakiejś zadowalającej i logicznej odpowiedzi. Jeżeli dodamy do tego fakt, że śmierć ta była odpowiedzią na nasze zło i wzięciem całej za nie odpowiedzialności, niesłychanym spotkaniem dwóch przeciwieństw, Boga, który jest Życiem i grzechu, który jest śmiercią, jeżeli nasza świadomość stanie wobec tak postawionej prawdy, sami czujemy, że staczamy się rychło w zakamarki szaleństwa. Ale to prawda, został zdruzgotany za nasze winy.

Prawdopodobnie w życiu każdego człowieka jest taka sfera, w której czuje on, że nie jest sobą. Nie widzi Janka Kowalskiego, ale bliżej niezidentyfikowaną ciemną otchłań, w której nie rozpoznaje swoich rysów twarzy, głosu. Za każdym razem, kiedy próbuje zmienić swoje życie i w ramach noworocznego postanowienia wyzerować wszystkie straty i zyski, z czystą kartą wejść we wspaniale zapowiadająca się przyszłość, znajduje ścianę.

To grzech i jego działanie. Część nas, która nie jest nasza, choć nie sposób oddzielić jej od siebie samego i postawić obok. Gdybyśmy pokusili się na stwierdzenie, że Jezusowe zstąpienie do piekieł, nie było tylko wejściem w Szeol, ale faktycznym stanem, gdzie oddzielił się On od Ojca, gdzie została przebita Ich jedność i miłość, wtedy moglibyśmy stwierdzić, że Bóg wszedł w śmierć, która zabija w nas Jego życie, która powoduje, że znajdujemy się w piekle.

Kiedy będziecie czytali ten tekst, będzie sobota. Dzień, w którym Bóg zniknął i, chciało by się powiedzieć, stał się niedostępny bardziej niż zwykle. Nic jednak bardziej mylnego, bo właśnie w miejscu, gdzie nikt nie spodziewa się Jego obecności, ON JEST.

W Tobie, tam, gdzie najbardziej nie jesteś sobą, w owej ciemnej otchłani, która sprawia, że czujesz się kimś innym niż w rzeczywistości jesteś, tam, gdzie boli zawsze najbardziej, kiedy ktoś zdradza, wyśmiewa, wytyka zło, gdzie najbardziej ogarnia cię nienaturalny lęk i rozpacz nad nieumiejętnością życia, tam wszędzie ON JEST. I zstąpił do piekieł po to, by przeżyć to co w tobie obce i rozsiać tam ziarna życia. W każdej Twojej śmierci i piekle, które nosisz w środku, Jest Chrystus i wyprowadza Cię do życia naprawdę.

Jego Życie oznacza, że nie ma na tej ziemi takiej śmierci, nie ma w tym życiu takiego piekła, które nie zostało przez Niego zwyciężone i rozplątane w najlepszy możliwy sposób. Jeżeli patrzysz na Niego, a nie na swój grzech, jeżeli Twój krzyż staje się Jego krzyżem, to śmierci nie ma. Jutro wieczorem będziemy świętować moment, kiedy w miejscu najgłębszego możliwego cierpienia znajdujemy Kogoś, kogo nie spodziewamy się tam zastać. Znajdziemy Życie w śmierci, piękno w udręczeniu i radość w smutku. Śmierci już nie ma. Za zasłoną otchłani są ręce Miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *