Anty-rekolekcje wielkopostne

W tym roku będę miał tylko jedno postanowienie wielkopostne. Znam swoje możliwości i zawsze, kiedy chciałem zrobić szereg najróżniejszych rzeczy, kończyło się na efekcie rozczarowania i pretensji do samego siebie. Chciałem być kimś, kim nie jestem w rzeczywistości i zrobić coś, do czego nie jestem zdolny.

Tylko jedno postanowienie wielkopostne: nie mówić o Bogu.

Nie jest to żadna tania prowokacja, której celem jest przyciągnięcie czytelników i więcej wejść na bloga. Nie jest to retoryczna sztuczka mająca na celu wzbudzenie zachwytu u odbiorcy. Nie jest to nawet efekt jakiegoś większego lub mniejszego kryzysu wiary. To świadome działanie. Zaplanowane od linijki.

Nie zamierzam także przekonywać kogokolwiek do swojego zamierzenia. To sposób dość dobrze odpowiadający mojej wrażliwości. W czasie 40 dni przed świętami Zmartwychwstania wyłączam swoją wrodzoną potrzebę opowiadania innym o różnych rzeczach; w tym o Nim. Chciałbym bym nastała cisza.

Zauważyłem niepokojącą tendencję. W środowiskach w których się obracam, mówimy o Bogu bardzo wiele. Staramy się pokazać jaki jest naprawdę, jakie ma cechy, kim jest, czego człowiek może od Niego oczekiwać. Wyłuskujemy spod warstwy starożytnych tekstów znamiona Jego Osoby, szukamy po omacku śladów w przyrodzie, szczegółowo opisujemy liturgicznym językiem, by jak najpiękniej oddać rzeczywistość w której uczestniczymy.

To wszystko jest dobre i potrzebne. Pytanie tylko, gdzie jest granica, za którą nasze mówienie o Bogu staje się bardziej mówieniem o nas samych, niż faktycznym opisem Jego Majestatu?

Używanie ciągle tych samych zwrotów bez refleksji nad nimi, prowadzi nieuchronnie do skrajnej dewaluacji języka. Słowa przestają dla nas znaczyć to co powinny, a wartość języka rozpływa się w kolejnych synonimach. Takie pojęcia jak: miłość, zmartwychwstanie, grzech, tajemnica stają się tylko pustymi ciągami znaków. To co kiedyś budziło poruszenie serca, dziś stanowi już tylko kolejną wiadomość, jaką owszem, przyjmujemy intelektualnie, ale która zupełnie nie wpływa na nasze życie.

W jakiś sposób zabijamy Boga twierdząc, że jesteśmy od Niego ekspertami. Jesteśmy odpowiedzialni za Jego nie-bycie w świecie, kiedy nie pozwalamy by dotknęła nas Jego bojaźń (którą należy rozumieć nie jako strach, ale poczucie Jego wszechogarniającej i transcendentnej tajemnicy).

Krzysztof Michalski, filozof i przyjaciel ks. Tischnera, mówił kiedyś, że filozoficzne pojęcia są jak wyschłe liście w parku spadające z drzew. I zostaną takimi, dopóki nie zaczną dla ludzi oznaczać konkretnych treści zmieniających ich życie. Czy Wielki Post nie jest najlepszym czasem, by odgruzować Boga spod setek naszych pseudo-twierdzeń i pseudo-pewników? By słowa które o Nim wypowiadamy zaczęły mieć realną treść, pozbawioną metodologicznej i akademickiej jałowości.

Zamierzam zatem milczeć o Bogu i słuchać co ma do powiedzenia. O rzeczach o wiele ciekawszych niż te zawarte w ślizganiu się po powierzchni słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *